piątek, 23 września 2016

Przedszkolny konkurs miał być ilustracją wiersza D. Gellner - Jesienny pociąg.

Prace były różne, poprzeczka podniesiona tak wysoko, że prawie sięgała chmur. Przy oddawaniu, kiedy rzuciłam okiem na niektóre wypasione arcydzieła prawie, szczena mi opadła. Za wysoko jak na poziom przedszkolaków, ale co ja tam wiem. Miało być, że rodzice z dziećmi, a nie sami rodzice i tego staraliśmy się trzymać. Format jest ogromniasty, zajmuje prawie pół stołu. Mieliśmy mieć zabawę, taki był plan. I my się akurat świetnie bawiliśmy. Pierwsze miejsce zajął pociąg uszyty z filcu, na drugim była prawdziwa, ogromna, profesjonalna makieta. Odlot, ale tak się zastanawiam, jaki przedszkolak potrafi szyć...albo  operuje pistoletem do kleju na gorąco.  Czy to tacy ambitni rodzice? Że niby AŻ TAK? Rozczuliły mnie natomiast prace, w których widziałam rękę dziecka - nierówne linie, wyklejanki, świetne pomysły, oryginalność taka dziecięca, cudna, pociągi z fantazją.

Naszą, ku mojemu zdziwieniu, wyróżniono :-)

- My się dopiero rozkręcamy, stwierdził mąż. Hm.

Efik wniebowzięta, bo przydźwigała nagrody w postaci kolorowanek, książki z zadaniami i książki z wierszami.  Oczywiście publicznie wręczanej, co było dla niej dodatkową atrakcją. No i teraz ma temat do rozmowy, zaraz po tym, jak wszem i wobec oznajmi, jak to ona nie lubi przedszkola. Tzn. przedszkole lubi, ale nie lubi bez mamusi :p :-)

jesienny_pociag

niedziela, 18 września 2016

To taki wpis, niezamierzenie trafiający w tych, którzy uważają, że żyjemy tylko mąką. (vide komentarze poprzedniego)

Otóż nie. Żyjemy jeszcze ziemniakami!

...

A tak serio to wpis miał być kilka dni wcześniej, tylko mi się nie chciało lapa odpalać.

Ef robiła knedle ze śliwkami. Tzn. ja robiłam ciasto, a potem to już sobie siedziałam i czytałam książkę. No...sporadycznie podsypywałam mąką. I potem umyłam podłogę, ale że mam supermop - poszło migusiem. A ona sobie stała i formowała kulki. I nic się nie rozleciało w gotowaniu, ani jedna.

 

A poza tym?

Niedzielę spędziliśmy w domu, a popołudnie na wymyślaniu pracy na konkurs i oglądaniu Mikołajka. Burza mózgów taka, że hejaaa. To na razie pierwszy nasz wspólny udział w konkursie takim, więc będzie klasycznie. Oczywiście pogadanka o tym, że nie robimy tego dla nagrody tylko dla świetnej zabawy - była.  Ale się rozkręcimy, chociaż mój wkład polega głównie na kolorowaniu...i sprzątaniu ;-)

czwartek, 15 września 2016

Dziś to się rozłożyliśmy, wszyscy.

Ef została w domu, ostentacyjnie podkreślając na każdym kroku, jak to bardzo CHCE iść dziś do przedszkola. Po obiedzie jedziemy do lekarza.

Mąż ledwiezipiacy - zaczołgał się do pracy.

Ja, jako najmniej chora - podaję syropki i dostarczam kilogramy chusteczek.

Wirus jakiś nad naszym miasteczkiem - kichają i prychają wszyscy zarażając się nawzajem. W przedszkolu, w przychodni, w pracy, w sklepach, na placach zabaw - wszędzie te same objawy. WTF? Jeden katar przechodzi w drugi jak neverending story.

Jest różnica między puszczeniem do przedszkola dziecka, które od czasu do czasu wydmucha nos a dziecka ledwie patrzącego na oczy i kaszlącego jak gruźlik. No wg mnie jest różnica, choć jak tak sobie patrzę na te przedszkolaki w szatni, kiedy siedzą biedne, osowiałe i tak słabe, to aż mi ich żal. MOje zasmarkane z płaczu przynajmniej ;p.

Panie proszą, żeby nie przyprowadzać ich chorych i pewnie nie wszyscy mają taki komfort, by dzieć został w domu...ale do cholery. Coś za coś.

I serio? Są takie sytuacje, że dziecko z gorączką idzie do przedszkola? Że rodzice podają mu wcześniej coś na zbicie tempki i to jest ok? Przedszkolnym laikiem jestem, bo takie rzeczy nie mieszczą mi się w głowie.

 

środa, 14 września 2016

uwielbiałam w dzieciństwie i kiedy tylko przychodziłam do przedszkola (odczuwam powoli awersję do tego słowa) - zaraz biegłam do półek z zabawkami i wyciągałam kalejdoskop. Mogłam godzinę siedzieć w kąciku i sobie oglądać kolorowości, tak mnie to hipnotyzowało ;-)

I w sobotę, kiedy robiliśmy wyprawkowe zakupy - ef wynalazła taki jeden..i przepadła.

- Mamo... kupicie mi?

-To kalejdoskop, córeczko...

- Bardzo bym chciała.

- No to zrobimy tak. Jeśli w tym tygodniu będziesz się starała być dzielna w przedszkolu - wrócimy tutaj w piątek i go kupimy. Co ty na to?

No i zawarłyśmy pakt. Oczywiście przy rozstaniu są szlochy, ale obiecałyśmy ich nie brać pod uwagę. Bo w przedszkolu ef nie płacze. Ogromnie dużo ją to kosztuje, ale strasznie się stara i ten kalejdoskop przybliża się do nas z każdym dniem.

- Maminko, ja trochę płaczę kiedy się rozstajemy, wiesz? Bo ty mnie zostawiasz i ja sobie wyobrażam, że już nie mam mamusi i że zostaję całkiem samiuteńka....bardzo wrażliwa jestem.

...

a ja już mogę kawę sobie wypić. Cień góry poczytać. Pranie włączyć i nawet machnąć obiad. Ciągle nie lajtowo...ale lepiej. Chociaż soboty wyglądam jak zbawienia.

I obczaiłam, że przedszkole efikowe konkursy robi przeróżne...fajowo, co nie? takie konkursy artystyczne, gdzie dzieci z rodzicami. Zaangażujemy tatina, bo on najbardziej artystyczny i się wykażemy ;-).


poniedziałek, 12 września 2016

- mamo...a ile będę jeszcze chodzić do tego przedszkola?

- rok. Potem pójdziesz do zerówki. To takie trochę przedszkole, a trochę szkoła i tam też spędzisz rok.

- A potem?

- potem pójdziesz do szkoły. Osiem lat, a później szkoła średnia też jeszcze kilka, a potem, jak się będziesz dobrze uczyła - pięć lat studiów.

Ef rzednie mina.

- aż tyle?? A co potem?

- potem, młoda damo, pójdziesz do pracy.

- i długo tak mam pracować?

- nooo...do emeryturki. Jak babcia A. i dziedziuś M.

- o BOŻE, mamo! Ale oni są już zupełnie starzy!!! -okrzykowi towarzyszy żałośliwy wybuch płaczu.

- Córciu, na tym polega życie. najpierw zabawa, a potem praca, w którą można wcisnąć zabawę, jeśli się chce...w szkole i przedszkolu są dni wolne przecież - łikendy, wakacje. A w pracy możesz sobie urlop wziąć, jak tatin.

- Kiedy chcę go sobie mogę wziąć?

- No, niezupełnie, ale możesz wcześniej zaplanować i  wtedy nie powinno być problemu.

- Mamo...a możemy wziąć dziś od przedszkola taki urlop???

...

no i tak u mnie. W sobotę robiła awantury, że ona chce do przedszkola. Dziś, że jednak nie chce. Skaranie z tą edukacją! Skaranie z tymi emocjami!

piątek, 09 września 2016

Ef w przedszkolu chlipała właściwie tylko na początku, potem było ok. Co nie zmienia faktu, że już jękoli o poniedziałku...

W nagrodę poszłyśmy do biblio założyć jej kartę, wybrała książeczki, kupiłyśmy drożdżówy i siedziałyśmy w cieniu, blisko rynku, na ławeczce naszej ulubionej. Podjadałyśmy, a ja czytałam :-) Wcale nie bajki, teraz sobie panna wybrała takie jakieś...fabularne książki. Najpierw o Martynce kilka opowiadań, druga część Delfiny i jej czarodziejskich baletek no i o trzech przyjaciółkach i magii...

Potem wizyta kuzynki, kilkugodzinne szaleństwa i znowu jękolenie. To ze zmęczenia, już zrozumiałam. Wtedy wychodzą żałości.

- Mamo, ja cię proszę, ty sobie żadnej pracy nie szukaj.

- Co??? - baraniejemy z mężem, bo to takie znienacka. Nie  chcesz, żebym szukała pracy, bo się boisz, że będziesz dłużej w przedszkolu?

- Tak.


 

 

 

Oczywiście dalej mnie boli żołądek i oczywiście dalej śniadanie jem na obiad.

Ale się już irytuję na to buczenie.

Wieczorem.

Rano.

Przy rozstaniu. Ten czas, który mamy dla siebie zmienia się w tłumaczenia, pocieszanie, ocieranie łez i dmuchanie nosa. Jeden temat. Nic fajnego. Ileż można tak. I bliskość...mam wrażenie, że cofnęłam się do etapu trzmiesięcznej ef - nie złazi ze mnie. I nawet leżąc tuż obok - jojczy, że tęskni za mamą.

- No to może ja ciebie po prostu z prostu z powrotem do brzucha wsadzę - wkurzam się zupełnie niepedagogicznie.

...

- Ale ja już nie chcę chodzić do przedszkola - słyszę pierdyliard razy - już mi się odwidziało.

Daję jej czas. Daję sobie. Panie bardzo ją chwalą - że grzeczna, mądra i że się przyzwyczai. Ja dziękuję bogu, że będzie szła do szkoły jako siedmiolatka, bo o ile merytorycznie przygotowana będzie - z emocjami będziemy mieć nie lada problem.

Da radę, co?? Da?

...

Na pocieszenie sobie mopa kupiłam. Wreszcie, po dziewięciu miesiącach;p. Ale wypasiony jest. Od viledy. Może bym i umyła podłogę, ale.....

 

 

środa, 07 września 2016

tak sobie marzyłam przez cztery i pół roku -

Zapiszę ef do przedszkola i zacznę ŻYĆ. Kawę sobie zrobię i wypiję ją w ciszy, pobędę sama. Ogarnę, ułożę, poszukam pracy, zajmę się sobą w końcu. Może mąż zrobi sobie wolne i wyskoczymy gdzieś, tylko my. Może, może...tak sobie marzyłam, bo jestem święcie przekonana, że zasłużyłam.

Rzeczywistość jak zwykle dała kopa. Zaprowadzam ef - raz szlocha przy rozstaniu, raz biegnie do dzieci, a szlocha w trakcie dnia. Tęsknota, tęsknota. Stara się być dzielna, ale są chwile, kiedy nie umie jeszcze zapanować nad emocjami.  Ma aż cztery i pół roku, a jednocześnie tylko cztery i pół. Staram się być twarda, bo wiem, że mimo tych szlochów - przedszkole dla niej to świetna sprawa; po powrocie przez cały wieczór buzia jej się nie zamyka, tak pełno wrażeń, spostrzeżeń, historyjek i nowości. Jest ogromnie dumna z bycia przedszkolakiem. Zmienia się w oczach.

Dlatego rozmawiam, tłumaczę, zachęcam, reklamuję placówkę jako coś naj. Wiem, że tak trzeba.

Wracam do domu, robię kawę...plączę się bez celu pierdyliard razy zerkając na telefon. Nic mi nie wychodzi. Do godziny trzynastej boli mnie żołądek - przestaje magicznym sposobem, kiedy odzyskuję moją córkę. Wtedy mogę wszystko.

To tylko tak na początku, czy już na zawsze? Wiem, że dzieci płaczą, widziałam...wiem to i moja głowa rozumie. Tylko serce...głupie serce pojąć nie może, że mam tak sobie po prostu pójść, kiedy...

...

- Mamo...a wiesz co?

- A co?

- A jajco!

 

niedziela, 04 września 2016

Idąc za ciosem - druga nasza wspólna trasa na szczyty Korony. 919m n.p.m. Najwyższy szczyt Gór Stołowych, bodajże jedna z największych atrakcji Sudetów. Oblężana masakrycznie przez ludziska.

Jejciu, jejciu, jak mi się tam podobało! Z daleka wygląda jak blok skalny porośnięty lasem iglastym. Dziwny taki, jak całe Góry Stołowe ( kompletnie nieprzyzwyczajona jestem do takiego ukształtowania terenu). Na szczyt prowadzi 665 schodów, ale idąc po terenie Parku Narodowego, gdzie brak ingerencji człowieka w przyrodę - mało się patrzy na schody; wzrok coraz to dalej i wyżej sięga. Na szczycie klimatyczne schronisko i widoki...widoki zapierają dech. I te płotki drewniane wszędzie, które sprawiają, że czujesz się, jakbyś spacerował po skałkowym ogródku, samiuśkim szczytem :-) Rozbrajały mnie.  Wiatr mało nas nie porwał kiedy po przeciskaniu się przez skały ( dosłownie) i omijaniu niespotykanych, niezliczonych szczelin wychodziliśmy w końcu na punkty widokowe. Mnóstwo ich, co stanowi ogromny plus. Ef skałami była zachwycona, ja w pewnym miejscu spanikowałam, bo moja klaustrofobia zaatakowała z bezwzględną siłą, ale zamknęłam oczy (bardzo mądrze, gem, zwłaszcza na tych mokrych i śliskich schodach, całkiem po twojemu) i szłam dalej. Łańcuchy są :-))

W dół także sprowadziły nas schody. Ef widząc, że tuż obok prowadzą schody, którymi wchodziliśmy na szczyt - woła radośnie A teraz z powrotem jeszcze raz!!  Wyszliśmy wprost na coś w rodzaju zakopiańskich Krupówek, gdzie kupiliśmy oscypki i gdzie z ef spędziłyśmy masę czasu na wybieraniu kamyczków przecudnych. Był plac zabaw, huśtawy, trampoliny - to dla efik, a kawa i ploteczki dla nas.

Dzień nam zleciał niewiadomo  kiedy. Cudny dzień.

Pierwszy nasz wspólny szczyt zaliczany do Korony Gór Polskich. 1015m n.p.m., najwyższy szczyt Gór Sowich w Sudetach Środkowych. Pewnie bardziej ambitni założyliby sobie legitymację, żeby te wszystkie szczyty mieć czarno na białym opieczętowane...ale nam na razie wystarczy własna satysfakcja, że gdzieś tam zostawiliśmy odciski naszych butów.

Piękne te Sudety są, uwielbiam je prawie tak samo, jak Bieszczady. Bo Tatry to kocham, wiadomo, w Tatrach serce.

Wyjechaliśmy rankiem, zostawiliśmy autko na czyimś parkingowym podwórku i stromym podejściem śmignęliśmy w górę.  To taka trasa na szczyt czterdziesto - pięćdziesięciominutowa; nam zajęła z półtorej godziny, ALE...dwa schroniska po drodze, w tym jedno z placem zabaw..więc wiadomo.  Im wyżej i bardziej stromo, tym ef dostawała przyspieszenia, a na szczycie pierwsza śmignęła do kolejki na wieżę widokową. Ja podziękowałam, bo nie cierpię wież widokowych i rozpłaszczyłam się na jakiejś ławce, wdychając zapach czyjegoś ogniska, słuchając szumu wiatru i tak sobie po prostu leżąc. Spodziewałam się zobaczyć kawałek świata...a tam po prostu szczyt. I tłumy ludzi, wśród których trafiało się na turystów, gdzie uśmiechy, serdeczności i to cudne, najmilsze sercu "cześć, cześć, dzień dobry" i spacerowiczów - buców takich w balerinach i kapelutkach.

Wróciliśmy padnięci, a nasza córka podsumowała: taka malutka górka, chcę JESZCZE wyżej. Na ever monter chcę!

No i mosz.

Pięknie było i bardzo, bardzo fajnie, ale po tylu latach niechodzenia - czułam piekący niedosyt. Tak bym chciała po prostu wspinać się i wspinać, żeby nogi same niosły. Mała ta górka :-))


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63
O autorze
Tagi
Blogi