piątek, 22 września 2017

Życie toczy się dalej (może tylko do jutra, wszak zapowiadają kolejny koniec świata). A wszystko jakby poza mną. Idę patrząc, ale nie widząc nic kompletnie. Wrzucam w siebie kanapki z pomidorem, ale zupełnie nie czuję ich zapachu. Marznę i najlepiej mi, gdy późnym wieczorem chowam się pod kołdrą. Gdy nie muszę otwierać oczu, odpowiadać na pytania, myśleć. Szukam znaków...

Smutno u mnie i źle. Delikatnie mówiąc.

....

A jeśli chodzi o ef, to baaardzo bym chciała, żeby miała tyle energii przy sprzątaniu/myciu/jedzeniu/ubieraniu się, ile ma jej przy gonieniu po sali/skakaniu/pełzaniu/czołganiu się/wspinaniu/obłapianiu podczas tego swojego judo. Brzuchy nas bolą od śmiechu z tych  jej ćwiczeń i zaangażowania.

czwartek, 21 września 2017

Nie wstawałabym z  łóżka najchętniej. Zasunęła szczelnie rolety. W dresach i skarpetach i pod kołdrą, w ciszy dzwoniącej w uszach - chciałabym mieć czas na tę odrobinę żałoby.

Dziś jego pogrzeb, a ja ciągle coś do niego gadam...

słyszy, prawda?

jakoś..gdzieś...

środa, 20 września 2017

ambicji, że balet, malunki, gimnastyka artystyczna

Ef wybrała JUDO!

i po ptokach.

( mam nadmieniać, że mąż przeszczęśliwy? :-)

No dobra....mnie też się te zajęcia podobały :-))

Śniłam dziś, że idę szlakiem do Morskiego. Z mamą, która nas znacznie wyprzedziła i z ef, która została z tyłu, bo szła z jakąś koleżanką. Wędrowałam sama wśród tych tłumów drogą, której nie znoszę, ale było mi tak dobrze i spokojnie, zupełnie nie martwiłam się tym, że straciłam z oczu dziecko.

Nagle doszłam do miejsca z łańcuchami ( Świnica? Zawrat?) i przeraziłam się, że mama nie przejdzie..i efik. Ale mama była już po drugiej stronie, a kiedy wróciłam po ef - znalazłam ją chlipiącą, bo otarła kolano. zastanawiałam się, jak ją przenieść przez ten fragment...i nagle odkryłam, że jest inne, bezpieczne przejście. Tylko zapłacić trzeba. Efik przebiegła prosto do babci, a ja z lekkością w sercu śmignęłam przez łańcuchy.

Do Morskiego Oka nie doszłam, bo się obudziłam...spóźniona masakrycznie.

Ktoś zna się na snach? Mnie się tak rzadko coś śni...Marcin?

 

Humorek panienki dziś nie teges...wraca z przedszkola zmęczona okropnie i najchętniej spędziłaby dwie godziny przed tv, zakopana pod kocem. Niby wszystko ok, ale smuteczek przy rozstaniu był...

poniedziałek, 18 września 2017

godzina 14.50.

przyprzedszkolny plac zabaw.  ja z głową między kolanami, bo tak mnie bolały plecy.

Marcin...

....['].....

do zobaczenia

Minęły te dwa tygodnie...niewiadomo kiedy! Tydzień nad morzem z pogodą w kratkę, bezdeszczową zawsze, gdy planowaliśmy wyjście. Zimny wiatr nie przeszkodził nam w chlapaniu się w wodzie, mżawka nie przeszkodziła w spacerach po plaży ani z zwiedzaniu. Zrobiliśmy wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, łącznie z zabawami na przydomkowym plac, własnym cymbergajem i gokartem. Ubrani w kurtki i szale, z bosymi stopami w piachu i morskich szalejących falach, umoczeni po tyłek - wyglądaliśmy komicznie i czuliśmy się bosko. Jedno przedpołudnie poświęciłyśmy z ef na budowanie z piasku, co mnie umocniło w przekonaniu, że choć morze jest wspaniałe - ten piach wszędzie na dłuższą metę nie jest moją bajką. Podobnie jak równinny teren. No nie i już. Moje serducho to górskie serducho, w górach oddycha, w górach żyje.Ale baterie naładowałam, a tu o to chodziło.

Jednak efik zachwycona...no i zapewne wrócimy tam jeszcze.

A potem do przedszkola - opłaty, opłaty, wyprawka, zgody, wyjścia, decyzje i znowu opłaty. Szał na gimnastykę artystyczną i wielki zonk, kiedy zgłębiłam temat i się okazało, że jednak nie. Jednak chcę, żeby zajęcia pozalekcyjne były dla dziecka frajdą i zabawą, a nie parciem na sukces okupiony łzami i bólem małych dziewczynek. Nie jestem aż tak ambitna. Rozum zwyciężył, bogu dzięks. Jest czas, żeby poszukać czegoś zabawowego. A jak nie znajdziemy, to też da się żyć.

No i po tygodniu goszczenia odwieźliśmy dziadków na wieś; w międzyczasie ef poczęstowała nas wszystkich przywleczonym z przedszkola bakcylem numer jeden. Super po prostu; dzieć wyzdrowiał ( ciekawe na jak długo) w ciągu trzech dni, a my rozłożeni na całego. Gardło, głowa, plecy...

tak tak, moje plecy. powtóreczka z rozryweczki.

środa, 30 sierpnia 2017

Zabraliśmy efik na wycieczkę do Rz. W planie było Muzeum Bajek, ale ponieważ nas oświeciło, że w poniedziałki muzea nieczynne - postanowiliśmy popluskać się w multimedialnej fontannie, przejść moją ulubioną ulicą 3 Maja i zjeść lody przepyszne "U myszki", a potem pojechać "w gości".

Roztrzęsiona wizytą u M. miałam przy tych fontannach trochę czasu na ochłonięcie. Ef zajęła się pluskaniem i nie zwróciła uwagi na mamę, rozsypaną na milion kawałków.  Wlazła caluśka, a ja nie miałam nic na przebranie, więc po mieście chodziła w mokrych spodniach i butach i bluzce. Po spacerze już jako tako mogłam funkcjonować.

A potem pojechaliśmy do A. Objedliśmy go, ogołocili z nutelli, wina, kolorowanek, klusek z serem z mikrofali ( to ja - błe) i spędziliśmy świetne trzy godzinki. Efik biegała w majtasach, bo reszta rzeczy schła. Powrót zaplanowaliśmy dłuższy, ale przez górki cudne. Wycieczka jak z bajki, tylko nasza, bo ef padła od razu.

Boję się strasznie i ciągle czekam na wiadomość o..., a jednocześnie czuję spokój w sercu. On wie, że byłam, że jestem. Pamięta, napisał resztkami sił. To mi wystarczy.

  A jutro wybywamy na Dolny Śląsk, zabierając dziadków. Koniec wakacji.

Ef idzie do przedszkola cały jeden dzień, bo w sobotę bladym świtem - jedziemy nad morze. Nie biorę lapa, postanowiłam.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Byłam.

Odnalazłam, intuicyjnie, cudem. Numerki sal się nie zgadzały...zamknęłam oczy i szłam  koszmarnie długim korytarzem. Weszłam do jednej z sal. I był, tylko on.
Poznałam po oczach, takich samych, czekoladowych, jak moje. Oczach, które przeżyły wszystko. cała reszta była...jeszcze była.

- Sasza usłyszałam ciche, zniecierpliwione. Nikt nie chciałby być oglądany w takim stanie.

- Nie mogłam nie przyjechać - wyszeptałam łamiącym się głosem. Tylko sobie cichutko posiedzę przy tobie.

Siedziałam więc i trzymałam go za rękę. Ogrzewała się od mojego ciepła. Zasnął. Przebudził się. Znowu zasnął. Siedziałam, z jedną samotną, uwieszoną na rzęsach łzą.

Wyszeptał do mnie w łacinie, mojej ulubionej.  excusatio? excubitor? Nie zrozumiałam, starając się panować nad drżeniem dłoni i dudnieniem serca. Już się nie dowiem raczej, nigdy się nie upewnię. Ale to nie ma znaczenia. Czuwałam w ciszy do chwili, gdy ktoś nie przyszedł.

- Muszę już iść, M. Trzymaj się, proszę. Do zobaczenia.

- Dzięki, Sasza.

Wyszłam dzielnie, ale uszłam zaledwie parę kroków i łzy powaliły mnie na kolana. Łzy w szpitalu nikogo nie dziwią, nikt nie zwrócił uwagi. Chwila słabości, bezradności, wściekłości.

Ogarnęłam się cudem jakimś i wyszłam na słońce, gdzie czekał mąż i córka.

...

Nikomu nie życzę przez to przechodzić. Nie da się opisać. I zapomnieć się nie da. Gdybym nie wierzyła, że jeszcze go kiedyś zobaczę w tym innym, lepszym życiu - oszalałabym.

...

Słowa mojej "byłej" przyjaciółki wyzwoliły we mnie bestię.

- Byłaś u M.? I o czym sobie rozmawialiście???

Tak, k*wa. Popijaliśmy winko i plotkowaliśmy o seksie.




sobota, 26 sierpnia 2017

Umiera mój kolega.

Gdzieś tam.

Ja czuwam.

Tutaj.

Kiedyś przyjaciel, a przez krótki okres ktoś, kogo trzymałam za rękę i kto sobie coś wyobrażał podczas gdy ja w swojej nastoletniej beztrosce - po prostu trzymałam dłoń w jego dłoni i czekałam na księcia. Najbardziej opiekuńczy ze wszystkich. Cichy, spokojny, stanowczy. Trwałam przy swoich  dziecinnych marzeniach, chociaż  ich spełnienie miałam na wyciągnięcie ręki.

Kiedy zmądrzałam było za późno i nasze drogi  się rozeszły. Oczywiście wiedzieliśmy o swoim istnieniu, gdzieś tam. Oczywiście wiedziałam, że gdyby coś - on by pomógł, mimo. Żyliśmy na tej planecie, szczęśliwi po swojemu lata całe. Czasem sms świąteczny, czasem jakaś płyta, czasem zaproszenie, z którego korzystał on, bo ja nie zdążyłam. Wiedziałam niewiele o jego życiu, on o moim jeszcze mniej. Migawki takie.

Ale był,  wysoki i stały jak skała.

Dziś się rozsypałam na milion kawałeczków. Te pytania, czy gdyby, to byłoby inaczej...i milion tych dlaczego. Niczym sobie nie zasłużył na to. Nie on.

I jeśli mogę czegoś pragnąć...to niech go nie boli. Niech sobie zaśnie spokojnie.

Ja tu sobie jeszcze popłaczę.

 

piątek, 25 sierpnia 2017

Bywają chwile, kiedy mi jej po prostu brakuje. I stoję i liczę do dziesięciu, żeby ochłonąć i nie wrzeszczeć.  Albo nie zacząć rzucać czymś o ścianę. Albo zwyczajnie nie zlać dupska, kiedy wszelkie argumenty zawodzą.

- Zaraz, mamo. Za chwilę. Tylko skończy się bajka/ dokończę zabawę/wrócę ze spaceru/zjem/wysikam się. W międzyczasie bawi się czymś innym, a wcześniejsze leży zapomniane. Inne po kwadransie zostaje zastąpione kolejnym i  ani się obejrzę - trzy pokoje, które mamy do swojej dyspozycji zostają zagruzowane. A zabawa przenosi się na klatkę schodową. Albo do łazienki i tam beztrosko sobie trwa. A przejście z jednego pokoju do drugiego to level master. Bo kredki, mazaki, porcelanowe filiżaneczki. Klocki drewniane, plastikowe, i jeszcze jakieś. Dwa krzesła na środku połączone skakanką, na której w wiadrze jeździ barbie. Na golasa, bo ubranka gdzieś...są. Dynda tak już trzy dni bidulka. Są jeszcze zeszłoroczne kasztany, muszelki, kamyczki i wszelakie strasznieważne znaleziska. Hula hop. Kółko dmuchane. Papierzysk tyle, że spokojnie możnaby zaopatrzyć jakiś papierniczy...albo skład makulatury.

- Ef, córko. ( taki oficjalny wstęp, kiedy dziecko wie, że będzie poważnie). Dziś sprzątasz. To znaczy, że teraz wychodzę, a kiedy przyjdziesz po mnie - chcę wejść do pokoju, w którym wszystko stoi na swoim miejscu. Nie rzucasz rzeczy byle jak i byle gdzie, SPRZĄTASZ. W przeciwnym razie idę po worek i przysięgam, ze wszystko, co znajduje się nie na swoim miejscu - wyrzucę ci.

- Ale mamo....pomożesz mi??

- Nie, kochana. Twój bałagan, twoje sprzątanie. Pomogę ci odkurzając.

Trwało to do obiadu. Raz płacz był cichszy, raz buczała głośniej. Raz śpiewała i zapominała o sprzątaniu bawiąc się w najlepsze. Raz jojczała, dlaczego ją to spotyka. Pierdyliard razy przychodziła się przytulić i wziąć mnie na litość, ale się nie dałam. Wracała z chlipaniem i zabierała się do roboty. Tuż przed obiadem przybiegła z oświadczeniem, że mogę wejść. Było czyściutko.

- Widzisz, myszko? Dałaś radę, prawda? Można mieć czysty, miły i przyjemny pokój.

- Ale ja nie lubię sprzątać. Ty lubisz?

- Nie, ja też nie lubię. Bardzo. Ale jeszcze bardziej nie znoszę bałaganu. Każdą rzecz musimy odkładać na swoje miejsce, wtedy tego sprzątania jest mniej.

...

Ciężko było, ale na dziś dzień - mam porządek.

( chociaż...wieczór jeszcze trwa ;p.)

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77
O autorze
Tagi
Blogi